Najnowsze wpisy

28.6.17

Miesiąc bez Internetu.

Powoli wracam do wirtualnego świata. 30 czerwca zapowiedzianą mam wizytę specjalisty, który między godziną 12 a 17 włączy magiczny przycisk i przywróci mnie do nieograniczonego świata Internetu. Ten, nazwijmy to eksperyment jakiemu poddał mnie dostawca Internetu potwierdził tylko moje przypuszczenia – jestem uzależniona. Jestem uzależniona od bezsensownego przeglądania facebooka, jestem uzależniona od oglądania zdjęć na instagramie i jestem uzależniona od sprawdzania swojego fanpage’a. Kiedy jestem offline wydaje mi się, że na mojej skrzynce mejlowej są dziesiątki wiadomości, świat się wali a ja jestem jego jedynym wybawcą, ale nie mogę go uratować bo nie mogę sprawdzić poczty.



Faza pierwsza. Panika
Jak to spółdzielnia się nie zgadza na podpięcie Internetu ?! Czekałam kolejne 2 tygodnie, żeby się dowiedzieć, że jest im przykro, ale wybrany przeze mnie produkt nie może być zainstalowany w mieszkaniu. Wcześniej jeszcze były prośby o czas i cierpliwość. Ale ja ani cierpliwości a tym bardziej czasu nie mam jeśli idzie o Internety. Bo przecież pracowałam nad statystyką bloga, zdobyłam nowych obserwatorów i co teraz ?! mam ich zostawić ?! Mam zostawić swój blog w rozkwicie bo jakaś durnowata spółdzielnia nie wyraża zgody ?? Otarłam się już o picie melisy na uspokojenie, a gdybym umiała sobie przypomnieć jak się obgryza paznokcie to pewnie i do tego by doszło. Zaopatrzyłam się w mobilny Internet w telefonie. Zawrotne 1GB za 10 euro i z każdym kB obchodziłam się jak z jajkiem.

Faza druga. Depresja
Mimo, że na mobilnym Internecie korzystałam tylko z komunikatorów, głównie mesengera i sprawdzałam fanpage, 1GB skończył się po dwóch tygodniach. Nie wiem, może i z rozmachu i przyzwyczajenia kliknęłam kilka razy w ikonkę facebooka, żeby rzucić okiem co się w świecie dzieje. Generalnie bardzo uważałam, nie klikałam w linki, nie oglądałam youtuba, żadnych gifów ani niczego co się rusza na ekranie. Stałam się obojętna na wirtualne treści.
Zawsze myślałam, że gdybym nie miała Internetu, zrobiłabym tyle wspaniałych rzeczy. Będę się uczyć niemieckiego, tak intensywnie jak jeszcze nigdy, będę czytać książki jedna po drugiej, będę ćwiczyć po 2 godziny dziennie. Będę miała czas na codzienne sprzątanie, gotowanie i jeszcze dbanie o siebie. A ile to przepisów nie wymyślę, ile pomysłów nie zrealizuję. No i nie mam tego Internetu a języka i tak się nie uczę, książki poczytałam, ale nie mogłam się skupić tak jakbym chciała. Nie sprzątam i nie gotuję wcale więcej, nie urządzam sobie codziennie rytuałów piękna.  Bo cały czas mam z tyłu głowy świadomość, że tam, za moimi plecami toczy się inny świat, w którym nie mogę brać udziału chociaż bym chciała. Pozostaje zwinąć się w kuleczkę, schować pod kołdrę i poczekać. Poczekać aż wróci normalność.

Faza trzecia. Akceptacja
No cóż, głową muru nie przebiję. Doładowałam sobie kolejny 1GB mobilnego Internetu i staram się korzystać jeszcze mniej. W zasadzie mam go tak w razie „wypadku” i pilnej sprawy. Wpisy na fanpaga dodaję przy okazji złapania gdzieś wifi i już mnie tak nie boli, że nie mogę śledzić poczynań innych blogerów, czy być na bieżąco w ploteczkach moich znajomych z fejsa. Wiecie, do wszystkiego można przywyknąć, co nie zmienia faktu, że Internet w dużej mierze ułatwia i umila życie. Ileż można oglądać te same filmy i słuchać tej samej muzyki ?

Wyobraźcie sobie, że tak jak ja: jesteście chwilowo bezrobotni, jesteście za granicą, nie macie swoich ukochanych przyjaciół pod ręką, z którymi zorganizujecie sobie czas wolny. Jesteś tylko Ty, twój mąż/narzeczony/chłopak, który pracuje i którego praktycznie nie ma w domu. I nagle odłączają Ci Internet na miesiąc, brzmi strasznie, co ? I to nie chodzi tylko o to, że spędzasz tam całe dnie, ale też o to, że tracisz nad czymś kontrolę, ktoś Ci zabrał możliwość wyboru i decyzji. A Ty szarpiesz się z niewidzialną mocą, wyklinasz, przechodzisz w depresję a i tak zostajesz na czyjejś łasce… nade mną się już zlitowali.

5.6.17

Muffinki śniadaniowe z boczkiem i szpinakiem

Zostałam pozbawiona internetu, bo dostawca nie może dogadać się ze spółdzielnią. Jedni chcą sprzedać super, szybki produkt, a drudzy boją się dodatkowych kosztów. I weź to jeszcze ogarnij wszystko po niemiecku. Jedyne o czym jestem informowana to to, żebym miała więcej cierpliwości. Ale ja ani czasu a tym bardziej cierpliwości już nie mam. XXI wiek, a ja mam 1GB internetu w telefonie na cały miesiąc. Wiecie co można zrobić z taką pulą ? zajrzeć od czasu do czasu na mesengera. Przy okazji chyba okazuje się, że jestem uzależniona, ale kto nie jest w dzisiejszych czasach. Poza tym mam usprawiedliwienie - mam bloga, a o to trzeba dbać. Wystarczył tydzień bez postów, a statystyki, które sobie wyrobiłam poleciały na łeb, na szyję. Wszystko poszło do piachu i weź to teraz człowieku ratuj. Tylko jak i kiedy, skoro realnego terminu na podłączenie nadal nie ma. 
Korzystając z odwiedzin u bardziej ucywilizowanych znajomych podaję Wam przepis na śniadaniowe muffinki w wytrawnej wersji. Kolejna propozycja na drugie śniadanie do pracy.

28.5.17

Omlet z ziemniakami

Lubię gotować mężowi obiady. Raz bardziej, raz mniej, wiadomo. Mniej kiedy sama nie mam pomysłu na obiad i wiem, że wtedy jedyne na co mnie stać to ugotowanie ziemniaków, warzyw i usmażenie czegoś prostego mięsnego, najlepiej kurczaka w kawałkach, bo kotleta w życiu nie robiłam. No więc żadna fantazja. Wtedy najczęśćiej okazuje się, że mąż obiad zjadł w pracy. Z jednej strony dobrze, bo nie  skompromituję się z moim super prostym i "ambitnym" obiadem, a z drugiej - i co ja teraz z tym wszystkim zrobię, nie mam aż tak wilczego apetytu. Ok, mam wilczy apetyt, ale tylko w stosunku do słodyczy, ale teraz nie. Bo teraz przecież jest dieta. Ale wracając do sedna resztek z obiadu. Najlepiej wykorzystać je w omlecie, a omlet z ziemniakami jest rewelacyjny. 

28.5.17

Fit ciasto z białej fasoli bez mąki

Jeżeli smakowało Wam ciasto z ciecierzycy PRZEPIS to i to będzie Wam smakowało. Zrobiłam je analogicznie, zamieniając ciecierzycę na białą fasolę. I to jest bardziej kokosowe, bo miejsce płatków migdałowych z bazowego przepisu zajęły wiórki kokosowe. Konsystencja jest albo bardzo podobna, albo identyczna. Wypróbujcie i powiedzcie czy wyczuwacie różnicę.

26.5.17

Bulgur na słodko

Chciałam napisać, że to idealne śniadanie na weekend. Bo w weekend jest zawsze bardziej kolorowo, zdrowo i powoli. Ale ta propozycja jest tak szybka, że idealna również na inne dni tygodnia. Tak jak owsianka. Wystarczy wstać dosłownie kwadrans wcześniej, wstawić kaszę do gotowania, w tym czasie nastawić kawę, zrobić make-up a może i uda się podjąć decyzję co do stroju. Ugotowaną kaszę przełożyć do miseczki, dodać owoce czy inne, ukochane dodatki i już. Bez większej sztuki, bez pilnowania, mieszania czy studzenia. 

24.5.17

Lemoniada rabarbarowa

Mogę się zabawić we wróżkę i przewidzieć, że dziś w Polsce jest piękna, słoneczna pogoda. Przynajmniej w okolicach Katowic czy Krakowa. Jeżeli u mnie, na północy Niemiec jest słonecznie, to taka sama pogoda jest dwa dni później właśnie w tych rejonach. Sprawdzone wielokrotnie, skuteczność 90%. Jeżeli faktycznie jest pięknie i słonecznie od rana to zróbcie sobie lemoniadę. Najlepiej rabarbarową, bo idealnie gasi pragnienie. Z nutą wanilii, lekko cierpka, nie za słodka i o takim pięknym, intensywnym kolorze. 

22.5.17

Sorbet bananowo-borówkowy

Wiosna 2017 poddała się totalnie. Przytłoczyła ją zima, a póżniej lato. I tylko nazywamy ten maj wiosną, ale przybrał on letnie szaty. Temperatury +20, bezchmurne niebo. O jak cudownie jest jeździć rowerem kiedy słońce otula twarz, a włosy rozwiewa lekki wiatr. I nawet podoba mi się ten upał panujący w mieszkaniu na poddaszu. Później będę go przeklinać, ale teraz jeszcze nie, teraz na to za wcześnie. Teraz po powrocie do tego mieszkania szukam sposobu na ochłodzenie, a nic tak nie ochładza jak lody. Najlepsze zaś są te domowe, ale domowe bez śmietanki to takie sobie, a bez maszyny do lodów to pełne kryształków. Więc jak nie lody to sorbety. Sto procent owoców, sto procent smaku i zero dodatku cukru. A na cukier muszę teraz uważać jeżeli chcę w te wakacje ubrać chociaż raz szorty. Póki co wygrywa cellulit, ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa...

21.5.17

Fit ciasto kokosowe

W niedzielę, chwilę po 5 słońce próbowało zbudzić mnie ze snu rzucając swoje promienie prosto w moją twarz. I chociaż to takie piękne być zbudzonym przez słońce, to w niedzielę o 5 piękność tej chwili pryska. Budzę się 2,5 godziny później kiedy nie mogę się swobodnie wyprostować, bo coś leży w nogach łóżka. Podnoszę tylko głowę a to COŚ zaczyna merdać ogonkiem i przeciskać się obok mnie, żeby się poprzytulać i przypomnieć, że pora wyjść na spacer. Leżymy tak chwilkę, on ściśnięty jak sardynka, ja z jego głową na piersi. Koniec amorów i koniec snu, pora na spacer. 
Poranny spacer traktuję jak przerwę w śnie, pozwalam nieco schłodzić się ciału, odpocząć pościeli, żeby po powrocie móc się szczelnie opatulić kołdrą i ponownie zasnąć. Dzisiaj jednak było inaczej. Wróciłam z psem,, mąż nadal śpi, co jest do niego bardzo niepodobne. Z reguły wita mnie z kubkiem kawy w ręce, albo z padem od playstation. Idealnie się więc składa, bo mam czas, żeby w ciszy najpierw pomyśleć, a póżniej napisać. Mam dla Was przepis, który nie może czekać do jutra, ani nawet do popołudnia. Bo w niedzielę rano zdążycie jeszcze upiec to ciasto do kawy. 

19.5.17

Fit deser kokosowo-borówkowy

Z wiekiem nie tylko zmienia się charakter człowieka, ale i jego kubki smakowe. Mam z dzieciństwa i okresu szkolno-licealnego wspomnienia całej, długiej listy tego, czego nie jadłam. Niektóre mi nie smakowały, a inne były w odstawce "bo tak". 

Na pierwszym miejscu oczywiście wątróbka. Nie dość, że jej smak był okropny, to jeszcze sos, który zalewał ziemniaki psuł również ich smak. Jak byłam bardzo głodna, brałam kęs do buzi, popijałam dużą ilością wody i jakoś przechodziło. Jak byłam mniej głodna, to wyjadałam suche ziemniaki, których nie dosięgł sos, bo oczywiście nie tknąć obiadu ani trochę nie można było. W sumie po latach to rozumiem, bo to nawet nie chodzi o marnowanie jedzenia, ale o zwykłą przykrość. Poświęcony czas i radość z jaką się gotowało nagle pryska i każdy ma jakieś "ale". I właśnie tego "ale" boję się najbardziej dlatego u nas gotuje mąż. Przepraszam, gotował mąż, bo obecnie jako kura domowa nie mam się jak z tego zajęcia wymigać. Na szczęście mu smakuje, a jak jemu smakuje to mnie się nawet to gotowanie obiadków zaczyna podobać. 

Zaraz po wątróbce była feta, a fetę jednak często dodaje się do sałatek, tak więc nie lubiłam sałatek w ogóle. Nie lubiłam też groszku, ale w tym wypadku miłość do jarzynowej (sałatki) była silniejsza. Groszek zawsze można było oddzielić i zostawić ładnie z boku talerzyka i tak też robiłam. Należałoby też wspomnieć niemal o większości warzyw, rodzynkach (do nich to się chyba już nigdy nie przekonam), bezach, tortach, zupach krem czy kokosie. 

I właśnie o tym kokosie dzisiaj chciałam. Bo teraz jestem w nim zakochana! a kokosowe kremy i desery mogłabym zjadać codziennie. Pytanie tylko czy tak nagle zaczął mi smakować kokos, czy to presja tłumu. Zadziałała podświadomość i jak wszyscy kokos to ja też będę kokos uwielbiała. Pierwszy raz krem kokosowy zrobiłam do ciasta przepis i już wtedy zapowiedziałam, że wykorzystam go nie raz, bo jest obłędnie pyszny i delikatny jak chmurka. Później był krem kokosowy w wersji bardziej klasycznej, z dodatkiem pokruszonego, czekoladowego ciasteczka i musu truskawkowego przepis a teraz jest kolejna, borówkowa wersja. I to z pewnością nie jest ostatnie wcielenie tego kremu. Czy już mówiłam, że oszalałam na jego punkcie ?

17.5.17

Pesto z natki marchewki

Kiedy marchewka z natką jest droższa od tej zwykłej, pakowanej o 20 centów, to lepiej wydać kilka groszy więcej, zwłaszcza, że te liście wcale nie muszą iść na stracenie. Nie jestem dobra w wykorzystywaniu resztek, ale ten trend mi się podoba. A nawet nie tylko podoba, ale też smakuje. Domowe pesto jest cudowne, nawet jeżeli nie jest idealnie gładkie, a moje nigdy nie jest. Próbowałam kiedyś sklepowego. Nie dość, że to koszmarnie drogie to smak taki se W domowej wersji sama sobie dozuję ilość czosnku i daję go tyle, żeby wyróżniał się smakiem i aromatem. Przede wszystkim aromatem. Dozuję olej, tak żeby było tłusto, ale nie nazbyt no i sól. Według mnie smak pesto zawdzięcza właśnie czosnkowi i soli, a reszta to kwestia wyboru, albo tego co mamy w lodówce. 

Robiłam też pesto z liści rzodkiewki - przepis, które również polecam. Swoją drogą właśnie przeczytałam, że cztery lata temu (!!), bo właśnie wtedy robiłam rzodkiewkowe pesto mój mąż gardził makaronem na obiad. Wydaje mi się, że to brednie, ale nie umiem tego zweryfikować, moja pamięć tam nie sięga. Gdyby się tak zastanowić to ten blog skrywa nie jedną tajemnicę, nie jedną zdezaktualizowaną informację i dziesiątki zwrotów akcji naszej diety. Dobry pomysł na urodzinowy wpis, do przemyślenia przy makaronie z pesto.

Top Blogi
TOP